Hej, dzieciaki! Dzisiaj Wujcio Jeż pobiega sobie w
kołowrotku i opowie Wam o sprawie, nad którą się ostatnio zastanawiał.
Na Warszawskich Spotkaniach Komiksowych 2007 odbyła się
premiera nowego magazynu. Kolektyw na pierwszy rzut oka nie różnił się
od innych mniej lub bardziej zinowych produkcji, dostępnych w tamtym czasie na
rynku. Prezentował twórczość grupy autorów, w większości amatorską, przede
wszystkim krótkie formy humorystyczne. Jedynym, co wyróżniało go spośród
dziesiątków innych antologii, efemerycznych pism i magazynów był fakt, że
tworzyli go wyłącznie ludzie, do tej pory publikujący swoje komiksy wyłącznie w
Internecie. W złotych czasach polskiego webkomiksu autorzy tych najbardziej poczytnych, wspólnie realizujący projekt
Bitew Komiksowych i zaludniający czołówkę na www.komiks.toplista.pl postanowili
złożyć się na wydrukowanie swojej premierowej twórczości na papierze. W
nakładzie 200 egzemplarzy. Mimo tego, że codziennie ich strony odwiedzało co
najmniej kilka tysięcy internautów. Kolektyw,
jako kwartalnik, dobił do 10 numeru po kilku latach i zawiesił działalność.
Przeszedł w tym czasie ogromne zmiany, dopuścił na swoje łamy debiutantów –
także tych, którzy nie tworzyli nigdy webkomiksu. Zaledwie garstka autorów z
2007 roku dzisiaj wciąż posiada regularnie aktualizowane strony ze swoimi
komiksami. Większość zadowala się tworzeniem bezpośrednio na papier, licząc się
z wciąż mikroskopijnymi nakładami magazynów i o wiele mniejszą ich
dostępnością.
Inna historia.
Tomasz Kleszcz, autor serii Kamień przeznaczenia, z
założenia tworzy dla masowego odbiorcy. Sensacyjne, pełne zwrotów akcji
historie o pięknych kobietach i twardych mężczyznach, zakończone dramatycznym
cliffhangerem. Odcinki takich opowieści powinny ukazywać się regularnie. Jednak
Kleszcz, chociaż rysuje najszybciej jak potrafi, publikuje kolejne części
historii w pojawiających się raz – dwa razy na rok zeszytach. Czarno – białych,
by zmniejszyć koszty druku. Mimo tego, że tworzy oryginalnie w kolorze. Do
zeszytów dołączane są płyty z kolorowymi wersjami stron. Tomasz mógłby
zaoszczędzić sobie trudu, finansowego ryzyka i pracy związanej z
przygotowywaniem materiału do druku. A przede wszystkim, mógłby przekazać w ręce
czytelnika komiks w jego właściwej formie jako produkt właściwy, a nie dodatek
na CD-Romie, prezentując wersję w szpecących szarościach. No i publikować
regularnie, np. strona co tydzień. Nie wspominając o znacznie większej liczbie
czytelników, jaką dawałby Internet. Zamiast tego Tomasz usilnie od kilku lat
ciągnie serię w wydaniach papierowych.
Przykłady można mnożyć. Faktem jednak jest, że twórcy – nie
tylko komiksowi, oczywiście – uparcie starają się – nawet, jeśli Internet jest
ich naturalnym miejscem publikacji i zapewnia target, ułatwioną dystrybucję i
zarobki bez finansowego ryzyka – realizować projekty wciąż za pomocą innych,
starszych mediów. Wydawać książki, płyty i magazyny w fizycznej formie,
przenosić treści z sieci na „tradycyjne” nośniki. Z czego to wynika? Z
nostalgii? Z prestiżu, jaki wciąż posiada książka papierowa, a którego wciąż
nie ma e-book? Felieton wydrukowany w gazecie znaczy więcej, niż wpis na blogu.
Krążek w sklepie muzycznym więcej, niż duża ilość pobrań utworu. Nawet jeśli zysk
jest porównywalny. A my, odbiorcy? Mimo wyższej ceny, i tak wciąż chcemy mieć
coś w fizycznej formie. Dlaczego? Może powiecie to Wujciowi Jeżowi? Chodzi o
komfort trzymania książki w dłoni? Zapach farby drukarskiej, bijący z gazety?
Rosnący stosik kompaktów przy wieży, zamiast marnego, malutkiego pendrive'a?
Oczywiście wiadomo, że świat tak szybko nie przestawi się
wyłącznie na nośniki wirtualne (zbyt wiele segmentów gospodarki zostałoby w ten
sposób zachwianych), jednak i tak „nowa era informacji” wydaje się jednak
bardzo zachowawcza w swoim przywiązaniu do tradycyjnego nośnika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz