wtorek, 28 maja 2013

The winner takes it all

16 października 1923r. w Burbanku, bracia Walt i Roy Disney zakładają małe studio animacyjne pod nazwą „Disney Brothers Cartoon Studio”. W 2008 roku przychody firmy uplasowały ją na pierwszym miejscu wśród wszystkich korporacji „mediowych” świata, wyprzedzając dotychczasowego lidera, TimeWarner Company. Firma jest znana z produktów filmowych, Walt Disney Motion Pictures Group to dziś jedna z największych i najbardziej znanych wytwórni w Hollywood. Disney jest również właścicielem i operatorem sieci transmisji telewizyjnej ABC, sieci telewizji kablowych, takich jak Disney Channel, ESPN i ABC Family, publikacji, merchandisingu, teatru i podziałów, jest właścicielem i ma licencje do 14 parków rozrywki na całym świecie. 30 października 2012 roku korporacja zakupiła wytwórnię Lucasfilm. Walt Disney Company jest również właścicielem największej na świecie firmy komiksowej – Marvel Entertainment.

Tak w skrócie wygląda historia najbogatszej korporacji medialnej świata. Jest to dziecko kapitalizmu w pełnym tego słowa znaczeniu.  Jej zarządzanie jest nienagannie prowadzone. Niemal od początku istnienia firmy widoczne było ciągłe maksymalizacja zysków, rozszerzanie targetu, minimalizowanie ryzyka upadku poprzez monopolizację produktu. W drodze na szczyt Disney najpierw dopadał, a później połykał poszczególne firmy. Jak pantera. Albo wilk. Albo inny bohater filmów spod disneyowskiej bandery. Takiej pirackiej (bo Piraci z Karaibów też należą do Disneya, przypomina Łukaszek).

Jak już wspomniałem, filmy czy animacje to tylko wierzchołek góry lodowej zwanej także piramidą finansową obrazującą przychody firmy. W niższych warstwach znajdują się wspomniane już parki rozrywki, zabawki, elementy wyposażenia domu, gry komputerowe, planszowe, karciane. Podobno planowane jest kupno patentu na grę w chowanego. Teraz już nikt i nic się nie ukryje przed bacznym okiem Myszki Mickey.



Studio jest nie tylko kojarzone z niesamowitymi wynikami finansowymi, ale także z wysoka jakością produktów. Sam Walt Disney zdobył rekordową liczbę 59 nominacji do Oscara. Zdobył również rekordową liczbę 22 statuetek. Po jego śmierci (15 grudnia 1966r.) studio kontynuowało rozpoczętą przez niego misję.

Kryptonim tej akcji to „Entertainment”. 

wtorek, 14 maja 2013

Sprawa złamanej brzozy – z cyklu „wchodzę na pogrzeb, a tam cyrk”


Żyjemy w Polsce. Praktycznie każdy chyba słyszał o Sprawie Smoleńskiej. Przynajmniej raz. W tym tygodniu. Z racji, że Jeż mi doniósł, iż jest to blog medioznawczy, spróbuję spojrzeć na sprawę właśnie z tegoż punktu widzenia.



First thing's first. Aj... :( to polski blog! Ach, ta globalizacja. 
Od początku. Był 10 kwietnia 2010 roku. Godz. 8:41:06 czasu środkowoeuropejskiego (CEST) (10:41:06 czasu moskiewskiego). Samolot rządowy rozbija się w Smoleńsku. W katastrofie zginęło 96 osób, w tym prezydent RP, Lech Kaczyński. Kraj pogrążony w żałobie. Wszyscy się jednoczą. Do czasu pogrzebu panuje atmosfera wzajemnej empatii. Później Polska zaczyna wracać do życia. Politycy wracają do formy, a powstałe wakaty na wysokich stanowiskach kuszą niemal każdego. Wtedy zaczyna się kolejna tragedia.
Polacy wykorzystują to, co zdarzyło się w Smoleńsku, do prywatnych celów. Oskarżają się wzajemnie o to, kto jest winny katastrofy. Poprzez media zaczyna się gra i manipulacje. W jednej telewizji mówi się o zamachu, pokazuje się dowody i żąda sprawiedliwości. W innych telewizjach ukazywane są fakty, które potwierdzają, że był to nieszczęśliwy wypadek. Ludzie zaczynają być podzieleni. Manipulacja pogłębia się. Tragedia, która na początku połączyła naród, teraz dokonała zastraszającego podziału. Antagonizmy, które istniały przed wypadkiem, urosły do niebagatelnych rozmiarów.
Nie było tygodnia, żeby kolejne media nie przedstawiały nowych informacji na temat tego co spowodowało upadek. Brzoza, bomba, mgła, pocisk (Tusk, Kaczyński, Kanapki, Dżin, Awokado było nieświeże). Jednym z pierwszych i chyba najsłynniejszym materiałem, który wzburzył niepokój społeczny, był film na YouTube ze słynnym tekstem „słychać strzały”. Połowa narodu te strzały słyszy (ja też czasem słyszę strzały, ale nie chwale się tym, bo nie mógłbym wtedy dzielić się z Wami, moi mili, moimi inteligentnymi przemyśleniami). Różne materiały, wiadomości i fakty pokazywane są w coraz większych ilościach i o coraz większych różnicach merytorycznych. Jednym słowem ktoś kłamie (a ja mówię jak jest!).
Szczytem tego podziału była premiera dwóch filmów dokumentalnych. Pierwszy pokazywał tragedię jako splot i serię niefortunnych zdarzeń. Drugi niemal ze 100% pewnością „mówił”, że był to zamach.
Ciekawym zjawiskiem było to, jak przebiegało śledztwo. Niemal wszystko było publikowane w mediach. Od czarnych skrzynek, przez rozpis rozmów, po kompletne raporty. Do sieci trafiły nawet makabryczne zdjęcia ofiar. Z katastrofy lotniczej zrobiła się tragedia i upadek człowieka. 

Jaki kraj, takie reminiscencje narodowej tragedii. Stany mają WTC i wojny, my mamy Smoleńsk i cyrk z klaunami w roli polityków. A pamięć ofiar i zmarłych cierpi.


PS: Do ekipy medialnegojeża dołączają Łukasz (jedyny w swoim rodzaju autor powyższego tekstu) i Paweł. Witamy ciepło i kolczaście! [dop. I.Ś.]

niedziela, 5 maja 2013

Jestę cyborgię!, czyli co by tu sobie wszczepić?


Ludzie to śmieszne stworzenia. Od najdawniejszych czasów ozdabiali swoje ciała, przekłuwając, nadpalając i tnąc je na wszelkie możliwe sposoby. Od kilku lat obserwuję swoisty powrót do korzeni – ciężko przejść się korytarzem jakiegokolwiek wydziału Najlepszego Uniwersytetu na Świecie, by nie napotkać na swojej drodze przekłutego nosa czy chociaż słodkiego tatuażyku na nadgarstku. W większości przypadków chodzi tylko o estetykę, niektórzy jednak idą o krok dalej...

Implanty nie są może najpopularniejszym rodzajem modyfikacji ciała i kojarzą się głównie z silikonowym biustem, który mimo wszystko wiąże się z – wątpliwą niekiedy – estetyką. Są jednak i takie, które pełnić mogą inną funkcję, poszerzając niejako możliwości posiadacza. Chcesz zostać superbohaterem? Zastanów się nad implantem magnetycznym:

Implant magnetyczny by Embe [Rock'n'Ink, Kraków].

Niepozorny na pierwszy rzut oka magnesik umiejscowiony pod skórą umożliwia nie tylko przyciąganie lekkich przedmiotów (jak spinacze do papieru czy szpilki). Superbohaterowie-romantycy mogą do implantu przekonać swoje drugie superpołówki. I tak oto, na przykład podczas trzymania się za ręce, odczuwamy dosłowne przyciąganie!

Źródło: news.bme.com

Śmiałkowie, którzy pragną zostać superbohaterami w sypialni, decydują się na jeszcze bardziej wymyślne rozwiązania, przykładowo genital beading – zainteresowanych, tolerancyjnych, ciekawskich i mało wrażliwych odsyłam do mojego kuzyna, Wujka Google. Wszczepianie małych implantów w miejsca intymne poszerza „możliwości” posiadacza i rzekomo gwarantuje niepowtarzalne wrażenia... cóż, co kto lubi. Jeże nie lubią.

Kilka lat temu pojawiła się także chęć na nadanie kolczykom praktycznego charakteru; pomińmy tu rzekomą praktyczność kolczyka w języku czy miejscu intymnym. Tak powstał projekt Pierced Glasses (http://piercedglasses.com/). Nigdy więcej zsuwających się z nosa okularów! Wystarczy tylko przekłucie typu bridge:

Źródło: piercedglasses.com

Możliwości są w zasadzie nieograniczone. Za odpowiednią opłatą, twój dentysta na pewno chętnie zmieni cię w wampira – tymczasowo lub na stałe. Poza wszczepianiem implantów, chętni do przeobrażenia się w istoty „nie z tego świata” decydują się czasem na rozcięcie czy zszycie danej części ciała. Pragniesz zostać elfem? Nic prostszego! Rośnie ilość miejsc, w których wykonuje się ear pointing. Zawsze chciałeś mieć język jak jaszczurka? Rozdwojenie (splitting) to coś dla ciebie – efektowne, i na dodatek można robić językowe sztuczki, nie tylko o charakterze erotycznym! Marzysz o tworze ośmiornicopodobnym w spodniach? I dla ciebie znajdzie się coś ciekawego...

Oczywiście każda modyfikacja niesie ze sobą ryzyko powikłań, jak migracje implantów czy kolczyków, wystąpienie przerośniętej blizny (keloid) czy zakażenia. Zastanówcie się zatem dwa razy, czy warto zostać superbohaterem! 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Show must go on


Hej, szalone dzieciaki! Dzisiaj Wujcio Jeż opowie Wam o dwóch smutnych Panach, będących przy okazji zgrabnymi metaforami swoich mediów.

W styczniowym numerze Przekroju ukazał się wywiad z samozwańczym „królem” polskiego Youtube'a – 29-letnim Maciejem Frączykiem, znanym szerzej jako Niekryty Krytyk. W autoryzowanej rozmowie władca poczucia humoru wczesnej gimbazy opowiadał o swojej pracy i życiu, skupionym na wypuszczaniu do sieci kolejnych filmików ku uciesze rosnącej rzeszy subskrybentów. Nie pada nazwisko ani jednego konkurenta Krytyka, zajmującego się pokrewną twórczością – czy to na polskim, czy zagranicznym Youtubie. Oczywiście, Frączyk wymienia w pewnym momencie swoje „inspiracje” i idoli, jednak pomija tych, których show najbardziej otwarcie plagiatuje, na czele z Dougiem Walkerem, alias „Nostalgia Criticem” – zbieżność pseudonimów raczej nieprzypadkowa. Usilnie stara się nie nawiązywać ani do dawnych "władców", ani aktualnych pretendentów do jego internetowego tronu - i zapewne uniemożliwił to także swojej rozmówczyni, domagając się bezwzględnej autoryzacji wywiadu. Podobnie reaguje, kasując komentarze pod swoimi filmikami, gdzie w ogóle wspomniana jest choćby ekipa Channel Awesome czy inni twórcy, od których zapożycza patenty i żarty do "własnego" programu.  A jednak pojawiają się inne osobowości medialne, do których "Niekryty" zostaje porównany. Są to Kuba Wojewódzki i Szymon Majewski. Showmeni telewizyjni. Przedstawiciele zupełnie innego medium. Szczególnie długo dziennikarka ciągnie wątek Majewskiego, który dopiero co został wyrzucony ze swoim podupadającym programem (i szczególnie nieudaną próbą jego reaktywacji) z ramówki TVN-u i zaczął próbować swych sił na gościnnych równinach Youtube'a.  Frączyk wie, że starszy o 17 lat komik nie jest dla niego żadną konkurencją. Obaj znajdują się w zupełnie innych rejonach. Mimo tego samego medium, ba, mimo wspólnej platformy nadawczej! - to nie są inne ligi. To gracze innych dyscyplin.
Majewski, tworząc wtedy swój "SUPERSAM" nie rozumie jeszcze, jak działać w Internecie. Podobnie jak większość pracowników telewizyjnych -zwłaszcza tych na kierowniczych szczeblach -wydaje mu się, że Youtube to po prostu rodzaj telewizji, tylko bardziej amatorski. Robi więc to samo, co robił w studiach TVN-u, tylko bez budżetu, wielkich gwiazd, rzeszy ludzi do pomocy. Uparcie próbuje stworzyć show taki, jak swoje dawne formaty, z tym samym humorem i podobnymi gagami, jakby nie zdawał sobie sprawy ze zmiany medium. Nie wie jeszcze, że tworząc show internetowy nie odlicza się czasu od ramówki do ramówki, nie bada się oglądalności w kilkutygodniowych czy kilkumiesięcznych okresach. Odkrywa, że każdy widz może skomentować, ocenić, udostępnić, wyśmiać, pochwalić, skazać na zapomnienie OD RAZU. Bez ostrzeżenia, bez kwartalnych prognoz, bez bezpiecznego zamknięcia się po drugiej stronie szklanego ekranu. Majewski został wyrzucony z telewizyjnej twierdzy, gdzie nadal bytują tylko wybrani. Znalazł się na terenie dla niego obcym, otwartym dla każdego. I liczył, że na tym gruncie zachowa wszystkie przywileje, jakie wypracował w telewizji. Stąd porażka i spadająca popularność jego "SUPERSAMU". Odarty z pracowników technicznych, współscenarzystów i przyciągających widzów gości "król" okazał się nagi.

Metafora jest jasna: starszy Majewski, rozpaczliwie broniący swojej, jak mu się wydawało, nadrzędnej pozycji reprezentuje Telewizję - usiłuje mierzyć nowe medium własną miarą i stosować w nim sprawdzone techniki, co kończy się porażką.
Młodszy Frączyk to reprezentant Internetu - w swoim programie reaguje natychmiast, schlebia gustom swoich fanów, czerpie z aktualnych virali i memów - stara się też tworzyć swoje. Jego filmy to nie tylko niepowiązane skecze, ale także reakcje na to, co w danej chwili w polskim Internecie (a raczej - w tych jego rejonach, gdzie udzielają się gimnazjaliści) najbardziej gorące.
Taka ładna metafora Wujciowi wyszła. Teraz można podrzemać w trocinach.

PS. A tak już zupełnie na marginesie, a propos poprzednich rozmyślań - nawet Frączyk po napisaniu swojej książki nie opublikował jej jako e-book, tylko na papierze (co zresztą zaowocowało tytułem "Bestsellera Empiku", nim w ogóle pojawiła się na rynku, a więc, he he, czysto wirtualnie. Ha. Dobry żarcik.). Z kolejną, czekającą na premierę, będzie podobnie. Coś musi być na rzeczy, skoro nawet umiłowane dziecię Internetu skłania się ku papierowemu medium...

wtorek, 9 kwietnia 2013

Jeż w obliczu zmian



Dzisiaj, droga dziatwo, wspólnie z Wujem Jeżem zanurzycie się w świecie nadciągającej wielkimi krokami ery wysoko rozwiniętej technologii, a co za tym idzie – ogromnego postępu cywilizacyjnego.

Genezą rozmyślań, jakie zrodziły się w mojej kolczastej główce, jest między innymi osoba Henry'ego Jenkinsa i – jeśli można to tak nazwać – jego trzy postulaty. Otóż to, według pana Jenkinsa żyjemy obecnie w czasach kultury uczestnictwa, gdzie najważniejszy jest aktywny udział w społeczności. Pojawia się termin zbiorowej inteligencji, zgodnie z którym na ogólną wiedzę danej grupy składają się spostrzeżenia jej poszczególnych uczestników. Wszechobecna jest konwergencja, a więc przenikanie się różnych mediów. To właśnie z nią wiąże się pojęcie czarnej skrzynki, zwanej także ideałem konwergencji, w którym zawarte są wszystkie media. Teoria ta spotyka się jednak z krytyką ze strony Henry'ego Jenkinsa. Uważa on bowiem, że idea owej skrzynki jest pomyłką, ponieważ w swej idealnej formie na świecie powinna istnieć tylko jedna taka skrzyneczka podczas gdy jest ich wiele, a co chwila pojawiają się nowe, np. produkowane masowo komputery, tablety i telefony komórkowe nazywane teraz popularnie smartfonami.

Profesor Jenkins nie zgadza się z jeszcze jedną ważną rzeczą, a mianowicie z tezą proponowaną przez Kevina Warwicka - cybernetyka i wykładowcę University of Reading. Profesor ten, zwany „pierwszym cyborgiem” w oparciu o przeprowadzone eksperymenty twierdzi, że ludzie w przyszłości będą w stanie kontaktować się za pomocą myśli poprzez umieszczone w ich mózgach implanty. Te same urządzenia miałyby również umożliwić „instalację” informacji w ludzkim umyśle, co przywodzi na myśl takie filmy jak chociażby „Matrix” czy oparty na opowiadaniu Williama Gibsona „Johnny Mnemonic”. Z mojego jeżowego punktu widzenia śmiem twierdzić, iż należy rozróżnić w tym miejscu dwa rodzaje wspomnianej instalacji danych w mózgu. Informacje takie mogłyby być zapisane na mikrodysku, za pośrednictwem którego człowiek byłby w stanie korzystać z nich ad-hoc. Przykładowo nastolatek mógłby zapisać sobie tabliczkę mnożenia i, niekoniecznie rozumiejąc jej działanie, czy też będąc pozbawionym dobrych umiejętności matematycznych, korzystać z gotowych wyników jak ze ściągi na kartkówce. Przypomina to po trochu e-booka, tyle że z dostępem nie za pośrednictwem komputera, a mózgu – póki się go nie przeczyta nie ma się pełnej wiedzy. Wizji Gibsona bliższe byłoby jednak założenie, że taki użytkownik nie miałby dostępu do zapisanych na dysku danych – byłby raczej kurierem jak Johnny Mnemonic. Drugim rodzajem instalacji nazwałbym obecny w mózgu implant, pozwalający połączyć umysł z komputerem, a następnie wgrać do znajdującej się w nim karty pamięci jakąś wiedzę, a raczej oprogramowanie na zasadzie podobnej jak ta przedstawiona w filmie „Matrix”, zgodnie z którą umysł rzeczywiście przetwarza i analizuje pobierane w ekspresowym tempie informacje – sądzę, że dałoby to możliwość nie tylko posiadania informacji ale i pełnego jej zrozumienia. Oczywiście to tylko założenie mające na celu pokazać, że człowiek przy odpowiednim sposobie „instalacji” danych w umyśle (jeśli byłoby to kiedyś możliwe) byłby w stanie je magazynować, a przede wszystkim wykorzystywać w trakcie swojego życia.

Wizja, jaką wykreowałem w kilku wcześniejszych zdaniach, niesie ze sobą - rzecz jasna – pewne obawy i konsekwencje. Zwłaszcza w połączeniu z możliwością komunikacji bez słów, swobodnej wymiany myśli czy – o zgrozo! - czytania w nich. Hakerstwo ma swój początek w dziedzinie telekomunikacji, nie zdziwiłbym się więc, gdyby kiedyś z komputerów i sprzętów elektronicznych hakerzy przenieśli się na kradzież danych z ludzkich mózgów. Nasuwa mi się tutaj nawet pytanie, czy koncepcji wkradania się do ludzkich snów (kradzież informacji bądź kreacja idei) pochodzącej z filmu „Incepcja” nie powinniśmy już nazwać nowym rodzajem hakerstwa. Sam profesor Warwick przestrzega, że w przyszłości możemy mieć do czynienia z nowym rodzajem człowieka i ogromnymi zmianami społecznymi. Jeszcze straszniej to wygląda, jeśli weźmie się pod uwagę postulaty Jenkinsa i klasyczne cyberpunkowe motywy. Nie trudno jest bowiem wyobrazić sobie świat, w którym ludzie po przekroczeniu odpowiedniego wieku obowiązkowo mają instalowane w mózgu czipy lub implanty, które okażą się niezbędne do nauki i prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie – podobnie jak internet. Może pojawić się nawet nowa wersja Facebooka i sieci globalnej, z którą ludzie komunikować się będą za pośrednictwem komputera, którym oczywiście będzie ich własny mózg. Stale podłączeni do sieci przez wi-fi staną się narażeni na szpiegostwo i inwigilację. Prywatność przestanie mieć znaczenie, a ludzie przyzwyczajeni do nowego trybu życia nie będą świadomi zagrożeń jakie on ze sobą niesie.

Jednakże biorąc pod uwagę wszelakie czynniki, których łaskawie tutaj nie wymienię, pokuszę się o stwierdzenie, że ludziom osiągnięcie tak ogromnego postępu zarówno technologicznego, jak i cywilizacyjnego (jeśli rzeczywiście można nazwać to postępem, zwłaszcza z punktu widzenia człowieczeństwa) zajmie jeszcze długie lata. Podczas gdy my, jeże, już od dawna latamy rakietą na Marsa i na Snickersa.


PS. Jeż się dzisiaj niechybnie rozpisał, więc ten kto miłosiernie dotrwał do końca otrzymuje mentalny, ebonowy naszyjnik, +2 do zajedwabistości.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pogaduszki Wujcia Jeża


Hej, dzieciaki! Dzisiaj Wujcio Jeż pobiega sobie w kołowrotku i opowie Wam o sprawie, nad którą się ostatnio zastanawiał.

Na Warszawskich Spotkaniach Komiksowych 2007 odbyła się premiera nowego magazynu. Kolektyw na pierwszy rzut oka nie różnił się od innych mniej lub bardziej zinowych produkcji, dostępnych w tamtym czasie na rynku. Prezentował twórczość grupy autorów, w większości amatorską, przede wszystkim krótkie formy humorystyczne. Jedynym, co wyróżniało go spośród dziesiątków innych antologii, efemerycznych pism i magazynów był fakt, że tworzyli go wyłącznie ludzie, do tej pory publikujący swoje komiksy wyłącznie w Internecie. W złotych czasach polskiego webkomiksu autorzy tych najbardziej poczytnych, wspólnie realizujący projekt Bitew Komiksowych i zaludniający czołówkę na www.komiks.toplista.pl postanowili złożyć się na wydrukowanie swojej premierowej twórczości na papierze. W nakładzie 200 egzemplarzy. Mimo tego, że codziennie ich strony odwiedzało co najmniej kilka tysięcy internautów.  Kolektyw, jako kwartalnik, dobił do 10 numeru po kilku latach i zawiesił działalność. Przeszedł w tym czasie ogromne zmiany, dopuścił na swoje łamy debiutantów – także tych, którzy nie tworzyli nigdy webkomiksu. Zaledwie garstka autorów z 2007 roku dzisiaj wciąż posiada regularnie aktualizowane strony ze swoimi komiksami. Większość zadowala się tworzeniem bezpośrednio na papier, licząc się z wciąż mikroskopijnymi nakładami magazynów i o wiele mniejszą ich dostępnością.

Inna historia.
Tomasz Kleszcz, autor serii Kamień przeznaczenia, z założenia tworzy dla masowego odbiorcy. Sensacyjne, pełne zwrotów akcji historie o pięknych kobietach i twardych mężczyznach, zakończone dramatycznym cliffhangerem. Odcinki takich opowieści powinny ukazywać się regularnie. Jednak Kleszcz, chociaż rysuje najszybciej jak potrafi, publikuje kolejne części historii w pojawiających się raz – dwa razy na rok zeszytach. Czarno – białych, by zmniejszyć koszty druku. Mimo tego, że tworzy oryginalnie w kolorze. Do zeszytów dołączane są płyty z kolorowymi wersjami stron. Tomasz mógłby zaoszczędzić sobie trudu, finansowego ryzyka i pracy związanej z przygotowywaniem materiału do druku. A przede wszystkim, mógłby przekazać w ręce czytelnika komiks w jego właściwej formie jako produkt właściwy, a nie dodatek na CD-Romie, prezentując wersję w szpecących szarościach. No i publikować regularnie, np. strona co tydzień. Nie wspominając o znacznie większej liczbie czytelników, jaką dawałby Internet. Zamiast tego Tomasz usilnie od kilku lat ciągnie serię w wydaniach papierowych.

Przykłady można mnożyć. Faktem jednak jest, że twórcy – nie tylko komiksowi, oczywiście – uparcie starają się – nawet, jeśli Internet jest ich naturalnym miejscem publikacji i zapewnia target, ułatwioną dystrybucję i zarobki bez finansowego ryzyka – realizować projekty wciąż za pomocą innych, starszych mediów. Wydawać książki, płyty i magazyny w fizycznej formie, przenosić treści z sieci na „tradycyjne” nośniki. Z czego to wynika? Z nostalgii? Z prestiżu, jaki wciąż posiada książka papierowa, a którego wciąż nie ma e-book? Felieton wydrukowany w gazecie znaczy więcej, niż wpis na blogu. Krążek w sklepie muzycznym więcej, niż duża ilość pobrań utworu. Nawet jeśli zysk jest porównywalny. A my, odbiorcy? Mimo wyższej ceny, i tak wciąż chcemy mieć coś w fizycznej formie. Dlaczego? Może powiecie to Wujciowi Jeżowi? Chodzi o komfort trzymania książki w dłoni? Zapach farby drukarskiej, bijący z gazety? Rosnący stosik kompaktów przy wieży, zamiast marnego, malutkiego pendrive'a?

Oczywiście wiadomo, że świat tak szybko nie przestawi się wyłącznie na nośniki wirtualne (zbyt wiele segmentów gospodarki zostałoby w ten sposób zachwianych), jednak i tak „nowa era informacji” wydaje się jednak bardzo zachowawcza w swoim przywiązaniu do tradycyjnego nośnika.