Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R.K.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą R.K.. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 czerwca 2013

Kult własnego ego, czyli jak idiotyczne teorie niszczą Jeżowi dobry humor

Dzisiaj Jeż jest nastroszony, więc uwaga, będzie dużo fuczenia!

Andrew Keen, jeden z dawnych orędowników nowych technologii w 2007 wydał książkę pod chwytliwym tytułem Kult amatora. Jak Internet niszczy kulturę. Przedstawia w niej swój pogląd na temat tego, jak Web 2.0, tworzona przez dowolnego użytkownika, podkopuje fundamenty gmachu kultury profesjonalnej, tworzonej przez wieki. W świecie, gdy każdy może tworzyć, „tradycyjne” media są zagrożone, a z Internetu wylewa się tsunami bylejakości i prowizorki.

No cóż.

Keen określa Web 2.0 jako utopijny ruch, zrównując ją z komunizmem według myśli Marksa. A jak przystało na praworządnego amerykańskiego naukowca, wszystko, co choćby kojarzyć się ma z ideologią komunistyczną, musi dlań być owocem piekła i dziełem ciemności. W swoim wywodzie używa Marksa jako efektownego myślowego wytrychu dla odbiorcy ze Stanów Zjednoczonych, pamiętającego Zimną Wojnę. Nie idzie za tym żadna głębsza refleksja czy choćby znak, że Keen w ogóle trzymał w ręku Kapitał. Marks jest przywołany właściwie wyłącznie jako efektowny straszak, zwiastun narodzin wrogiego systemu, przydający całemu podniesionemu przez badacza problemowi złowieszczego charakteru. Gdyby pisał książki dla jeży, pewnie straszyłby w nich ideologią borsuków. Nienawidzimy borsuków.

Autor zatem, jako dobry kapitalista, ubolewa nad losem umęczonego przez Internet Hollywood czy wydawców płytowych, których najsilniej uderza spowodowany dostępnością muzyki w Internecie kryzys. Niemal wstydzę się, że właśnie okradam wydawnictwo, czytając tę książkę na ekranie nienawistnego komputera, pobrawszy ją wcześniej absolutnie za darmo z portalu z gryzoniem w nazwie. Jednym z tych, które na zatracenie niewinnego Wielkiego Kapitału stworzyła Sieć 2.0.

Keen zdaje się absolutnie nie zdawać sobie sprawy (albo to ignorować) z kryzysów ponowoczesności, jakie miały miejsce w czasie jego życia. Nie oglądając się choćby na teorię dekonstrukcji Jacquesa Derridy czy prace Focaulta wciąż głosi prymat OBIEKTYWNEJ PRAWDY, który przecież nie mógł się zestarzeć (czy, niech Jeżowa łapka broni, zdezaktualizować) od śmierci Kartezjusza, prawda? PRAWDA? Straszy, iż blogi i strony amatorów mogą stać się nośnikiem korporacyjnej propagandy i oszustwa. Nie to, co poważne koncerny medialne. Nawet te finansowane przez korporacje. W internecie dochodzi także do innych ekscesów, jak na przykład mrożące krew w żyłach naginanie prawdy o polityce, które przecież nie do pomyślenia byłoby w tradycyjnej gazecie czy telewizji!

Podobnie rozbrajające jest uparte opowiadanie badacza o mitycznym ZŁOTYM WIEKU KULTURY, który kiedyś, w odległej, niedookreślonej przeszłości trwał na Ziemi. Przyjmując postawę zrzędliwego staruszka, który ze skwaszoną miną konstatuje, że „kiedyś było lepiej”, autor snuje bajędy o rzekomej erze szczęśliwości, gdy kulturę tworzyli jedynie wielcy artyści. Co jest oczywiście niezaprzeczalną prawdą, podobnie jak to, że wieża Eiffla jest z piernika, a w Moulin Rouge na odchodne robią ci śniadanie na koszt firmy.

Keen ubolewa, że człowiekiem roku 2006 Time ogłosił przeciętnych internautów. „Kto był człowiekiem roku 2006 magazynu "Time"? czy był to George W. Bush, Steve Jobs lub Bill Gates i Warren Buffet, którzy razem przeznaczyli siedemdziesiąt miliardów dolarów swoich fortun na poprawienie życia na ziemi?” (str. 46).  Zwłaszcza obecność Busha jako światła współczesnego świata, poprawiającego byt ludzkości brzmi znakomicie. Niemal czuć na twarzy łopot gwiaździstej flagi!

Podsumowując: Keen nie ma pojęcia, o czym pisze. Zaśmieca papier swoimi bzdurnymi komunałami, pustą retoryką i czczym bajdurzeniem. Podpisując się jako „intelektualista”, w rzeczywistości sam staje się tym koszmarem, przed którym tak bardzo chce „uratować” ludzkość – to naginający rzeczywistość do własnych celów manipulant, nie mający ze „specjalistą” nic wspólnego. Jego rozwlekłe dywagacje nie mają żadnej wartości naukowej, a w skróconej formie nie nadawały by się nawet na artykuł prasowy, choćby do jego umiłowanego New York Timesa. Keen uzurpuje sobie prawo do wydawania sądów i wskazywania abstrakcyjnych rozwiązań zupełnie ignorując metody, jakie Internet sam przez lata wypracował do oddzielania ziaren od plew – owszem, wciąż niedoskonałe, ale zmierzające do autentycznej demokratyzacji. Natomiast szanowny autor chętnie widziałby się w kategorii „myśliciela” z wieku XVIII, który użycza ciemnemu, niewykształconemu motłochowi drobnego promyczka swej mądrości. Ramię w ramię z Wielkim Kapitałem, oczywiście. Niech żyje Amerykański Styl Życia – tylko dla zwycięzców, rzecz jasna. Niestety, nagle nienawistny motłoch znalazł się niebezpiecznie blisko. Co gorsza, nie szanuje nawet tego,że na okładce napisali o autorze, że jest „intelektualistą”! Motłoch myśli! Motłoch mówi! O zgrozo, Motłoch potrafi sam wybierać, co uważa za dobre!

„(...)skąd mamy wiedzieć, w co i komu wierzyć?” - pyta dramatycznie Keen na stronie 40. Odpowiedź na to pytanie jest trudna, ale co do jednego mam pewność – na pewno nie jemu.

Być może w jego paranoicznej obawie rzeczywiście można odnaleźć realny problem, jednak skutecznie odrzuca mnie od jego tez to, jak łatwo usuwa z dyskursu niemal 150 lat rozwoju myśli humanistycznej, jak kłamie i nagina (rzekomo zawsze obiektywne) fakty dla obrony swych wydumanych teorii, wreszcie – jak bardzo obawia się tego, co sam stworzył. Niczym Frankestein próbuje porwać się z dwoma rewolwerami na swoje Monstrum. Jest jednak za późno. Ono urosło, przekształciło się. I dawno zostawiło swego małego, mizernego twórcę w tyle. 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Show must go on


Hej, szalone dzieciaki! Dzisiaj Wujcio Jeż opowie Wam o dwóch smutnych Panach, będących przy okazji zgrabnymi metaforami swoich mediów.

W styczniowym numerze Przekroju ukazał się wywiad z samozwańczym „królem” polskiego Youtube'a – 29-letnim Maciejem Frączykiem, znanym szerzej jako Niekryty Krytyk. W autoryzowanej rozmowie władca poczucia humoru wczesnej gimbazy opowiadał o swojej pracy i życiu, skupionym na wypuszczaniu do sieci kolejnych filmików ku uciesze rosnącej rzeszy subskrybentów. Nie pada nazwisko ani jednego konkurenta Krytyka, zajmującego się pokrewną twórczością – czy to na polskim, czy zagranicznym Youtubie. Oczywiście, Frączyk wymienia w pewnym momencie swoje „inspiracje” i idoli, jednak pomija tych, których show najbardziej otwarcie plagiatuje, na czele z Dougiem Walkerem, alias „Nostalgia Criticem” – zbieżność pseudonimów raczej nieprzypadkowa. Usilnie stara się nie nawiązywać ani do dawnych "władców", ani aktualnych pretendentów do jego internetowego tronu - i zapewne uniemożliwił to także swojej rozmówczyni, domagając się bezwzględnej autoryzacji wywiadu. Podobnie reaguje, kasując komentarze pod swoimi filmikami, gdzie w ogóle wspomniana jest choćby ekipa Channel Awesome czy inni twórcy, od których zapożycza patenty i żarty do "własnego" programu.  A jednak pojawiają się inne osobowości medialne, do których "Niekryty" zostaje porównany. Są to Kuba Wojewódzki i Szymon Majewski. Showmeni telewizyjni. Przedstawiciele zupełnie innego medium. Szczególnie długo dziennikarka ciągnie wątek Majewskiego, który dopiero co został wyrzucony ze swoim podupadającym programem (i szczególnie nieudaną próbą jego reaktywacji) z ramówki TVN-u i zaczął próbować swych sił na gościnnych równinach Youtube'a.  Frączyk wie, że starszy o 17 lat komik nie jest dla niego żadną konkurencją. Obaj znajdują się w zupełnie innych rejonach. Mimo tego samego medium, ba, mimo wspólnej platformy nadawczej! - to nie są inne ligi. To gracze innych dyscyplin.
Majewski, tworząc wtedy swój "SUPERSAM" nie rozumie jeszcze, jak działać w Internecie. Podobnie jak większość pracowników telewizyjnych -zwłaszcza tych na kierowniczych szczeblach -wydaje mu się, że Youtube to po prostu rodzaj telewizji, tylko bardziej amatorski. Robi więc to samo, co robił w studiach TVN-u, tylko bez budżetu, wielkich gwiazd, rzeszy ludzi do pomocy. Uparcie próbuje stworzyć show taki, jak swoje dawne formaty, z tym samym humorem i podobnymi gagami, jakby nie zdawał sobie sprawy ze zmiany medium. Nie wie jeszcze, że tworząc show internetowy nie odlicza się czasu od ramówki do ramówki, nie bada się oglądalności w kilkutygodniowych czy kilkumiesięcznych okresach. Odkrywa, że każdy widz może skomentować, ocenić, udostępnić, wyśmiać, pochwalić, skazać na zapomnienie OD RAZU. Bez ostrzeżenia, bez kwartalnych prognoz, bez bezpiecznego zamknięcia się po drugiej stronie szklanego ekranu. Majewski został wyrzucony z telewizyjnej twierdzy, gdzie nadal bytują tylko wybrani. Znalazł się na terenie dla niego obcym, otwartym dla każdego. I liczył, że na tym gruncie zachowa wszystkie przywileje, jakie wypracował w telewizji. Stąd porażka i spadająca popularność jego "SUPERSAMU". Odarty z pracowników technicznych, współscenarzystów i przyciągających widzów gości "król" okazał się nagi.

Metafora jest jasna: starszy Majewski, rozpaczliwie broniący swojej, jak mu się wydawało, nadrzędnej pozycji reprezentuje Telewizję - usiłuje mierzyć nowe medium własną miarą i stosować w nim sprawdzone techniki, co kończy się porażką.
Młodszy Frączyk to reprezentant Internetu - w swoim programie reaguje natychmiast, schlebia gustom swoich fanów, czerpie z aktualnych virali i memów - stara się też tworzyć swoje. Jego filmy to nie tylko niepowiązane skecze, ale także reakcje na to, co w danej chwili w polskim Internecie (a raczej - w tych jego rejonach, gdzie udzielają się gimnazjaliści) najbardziej gorące.
Taka ładna metafora Wujciowi wyszła. Teraz można podrzemać w trocinach.

PS. A tak już zupełnie na marginesie, a propos poprzednich rozmyślań - nawet Frączyk po napisaniu swojej książki nie opublikował jej jako e-book, tylko na papierze (co zresztą zaowocowało tytułem "Bestsellera Empiku", nim w ogóle pojawiła się na rynku, a więc, he he, czysto wirtualnie. Ha. Dobry żarcik.). Z kolejną, czekającą na premierę, będzie podobnie. Coś musi być na rzeczy, skoro nawet umiłowane dziecię Internetu skłania się ku papierowemu medium...

niedziela, 7 kwietnia 2013

Pogaduszki Wujcia Jeża


Hej, dzieciaki! Dzisiaj Wujcio Jeż pobiega sobie w kołowrotku i opowie Wam o sprawie, nad którą się ostatnio zastanawiał.

Na Warszawskich Spotkaniach Komiksowych 2007 odbyła się premiera nowego magazynu. Kolektyw na pierwszy rzut oka nie różnił się od innych mniej lub bardziej zinowych produkcji, dostępnych w tamtym czasie na rynku. Prezentował twórczość grupy autorów, w większości amatorską, przede wszystkim krótkie formy humorystyczne. Jedynym, co wyróżniało go spośród dziesiątków innych antologii, efemerycznych pism i magazynów był fakt, że tworzyli go wyłącznie ludzie, do tej pory publikujący swoje komiksy wyłącznie w Internecie. W złotych czasach polskiego webkomiksu autorzy tych najbardziej poczytnych, wspólnie realizujący projekt Bitew Komiksowych i zaludniający czołówkę na www.komiks.toplista.pl postanowili złożyć się na wydrukowanie swojej premierowej twórczości na papierze. W nakładzie 200 egzemplarzy. Mimo tego, że codziennie ich strony odwiedzało co najmniej kilka tysięcy internautów.  Kolektyw, jako kwartalnik, dobił do 10 numeru po kilku latach i zawiesił działalność. Przeszedł w tym czasie ogromne zmiany, dopuścił na swoje łamy debiutantów – także tych, którzy nie tworzyli nigdy webkomiksu. Zaledwie garstka autorów z 2007 roku dzisiaj wciąż posiada regularnie aktualizowane strony ze swoimi komiksami. Większość zadowala się tworzeniem bezpośrednio na papier, licząc się z wciąż mikroskopijnymi nakładami magazynów i o wiele mniejszą ich dostępnością.

Inna historia.
Tomasz Kleszcz, autor serii Kamień przeznaczenia, z założenia tworzy dla masowego odbiorcy. Sensacyjne, pełne zwrotów akcji historie o pięknych kobietach i twardych mężczyznach, zakończone dramatycznym cliffhangerem. Odcinki takich opowieści powinny ukazywać się regularnie. Jednak Kleszcz, chociaż rysuje najszybciej jak potrafi, publikuje kolejne części historii w pojawiających się raz – dwa razy na rok zeszytach. Czarno – białych, by zmniejszyć koszty druku. Mimo tego, że tworzy oryginalnie w kolorze. Do zeszytów dołączane są płyty z kolorowymi wersjami stron. Tomasz mógłby zaoszczędzić sobie trudu, finansowego ryzyka i pracy związanej z przygotowywaniem materiału do druku. A przede wszystkim, mógłby przekazać w ręce czytelnika komiks w jego właściwej formie jako produkt właściwy, a nie dodatek na CD-Romie, prezentując wersję w szpecących szarościach. No i publikować regularnie, np. strona co tydzień. Nie wspominając o znacznie większej liczbie czytelników, jaką dawałby Internet. Zamiast tego Tomasz usilnie od kilku lat ciągnie serię w wydaniach papierowych.

Przykłady można mnożyć. Faktem jednak jest, że twórcy – nie tylko komiksowi, oczywiście – uparcie starają się – nawet, jeśli Internet jest ich naturalnym miejscem publikacji i zapewnia target, ułatwioną dystrybucję i zarobki bez finansowego ryzyka – realizować projekty wciąż za pomocą innych, starszych mediów. Wydawać książki, płyty i magazyny w fizycznej formie, przenosić treści z sieci na „tradycyjne” nośniki. Z czego to wynika? Z nostalgii? Z prestiżu, jaki wciąż posiada książka papierowa, a którego wciąż nie ma e-book? Felieton wydrukowany w gazecie znaczy więcej, niż wpis na blogu. Krążek w sklepie muzycznym więcej, niż duża ilość pobrań utworu. Nawet jeśli zysk jest porównywalny. A my, odbiorcy? Mimo wyższej ceny, i tak wciąż chcemy mieć coś w fizycznej formie. Dlaczego? Może powiecie to Wujciowi Jeżowi? Chodzi o komfort trzymania książki w dłoni? Zapach farby drukarskiej, bijący z gazety? Rosnący stosik kompaktów przy wieży, zamiast marnego, malutkiego pendrive'a?

Oczywiście wiadomo, że świat tak szybko nie przestawi się wyłącznie na nośniki wirtualne (zbyt wiele segmentów gospodarki zostałoby w ten sposób zachwianych), jednak i tak „nowa era informacji” wydaje się jednak bardzo zachowawcza w swoim przywiązaniu do tradycyjnego nośnika. 

środa, 27 marca 2013

Jesh i Lev


Pan dzisiaj znowu zaglądał, co kartkuję przy śniadaniu.
- Czytasz coś o zwierzętach?
- To jest Lev, a nie "lew" - odfuknąłem. - Manovich w dodatku.
- O - odparł z właściwą sobie bystrością. - A o czym?
- O nowych mediach - wymamrotałem i zagrzebałem się w trociny. Liczyłem, że i tym razem magiczne zaklęcie zniechęci go do dalszej rozmowy.
Nie zniechęciło.
- A jakie to są "nowe" media?
Nie było rady.
- Nowe media to te, które cechuje modularność, automatyzacja, wariacyjność i transkodowanie.
Tę minę chciałbym pewnego dnia oprawić w ramki i powiesić na ścianie klatki. Ta sama za każdym razem, gdy schodzimy na te tematy .
- No dobrze, po kolei: Modularność. To jak w Internecie: mamy zbiór różnych stron, składających się z różnych elementów – tekstu, obrazków, animacji. Z kolei każdy z tych elementów można podzielić na, jak mówi Manovich, „atomy Nowych Mediów”, czyli piksele. Pamiętasz komiksy sprzed 2000, drukowane na tym koszmarnym papierze? Dokładnie widać było każdą kropeczkę koloru. Jak na obrazach Lichtensteina. Gdybyś zabrał jedną, dwie albo trzy, powstaje biała plama na papierze. Aby zmienić jakiś kolor, jedyną możliwością byłoby ponowne wydrukowanie całego komiksu w nowych barwach, a wcześniej, przed latami 80., autor musiałby przerysować całą stronę jeszcze raz i od nowa pokolorować przed oddaniem do drukarni, bo wydawcy się nie spodobał kolor oczu jednej postaci. Teraz nie ma z tym żadnego problemu – mimo tego, że każdy element jest na już istniejącej stronie internetowej, można go dowolnie zmienić, jeszcze raz obrobić, usunąć, dodać coś nowego i to w każdej chwili – modularność polega na tym, że jeden obiekt nie wpływa na właściwości ani innego elementu, ani całego ich układu. Dlatego możesz teraz wrzucić kolejne moje zdjęcie na bloga bez konieczności zakładania nowego. Może to z monoklem, świetnie wyszedłem.
Zaczekałem, aż przyswoi te dane.
 - Dalej, automatyzacja. Kiedyś, przez całe lata, jeże miały utrudniony dostęp do mediów, co dopiero mówić o możliwości ich tworzenia. Jak już się któryś pojawił w telewizji czy prasie, to było święto – toasty, odczyty, wizyty w zakładach pracy. Dzisiaj, za pomocą dostępnych dla każdego użytkownika narzędzi, prawie wszyscy mamy już swoje strony, blogi czy profile na facebooku. Dzięki automatyzacji nie muszę wiedzieć, na czym polega programowanie, bo ktoś już zrobił za mnie szablon i opracował gotowe rozwiązania, które teraz mogę wykorzystać. To się łączy równocześnie z wariacyjnością – mogę wrzucić na swojego bloga tyle elementów, ile chcę, usuwać je, kiedy chcę, przetwarzać, kiedy chcę, robić z nimi wszystko, na co tylko mi przyjdzie ochota. Oczywiście, wariacyjność jest możliwa dzięki modularności.
 - Cały czas mówisz w kontekście komputera i Internetu.
 - Tak. Manovich stosuje podział mediów na warstwę kulturową (czyli informację do przekazania) i komputerową, umożliwiającą przetwarzanie tej informacji. Ponieważ wszystko może zostać przerobione przez komputer, wszystko jest od niego zależne. Równocześnie sam przekaz coraz bardziej ewoluuje za sprawą rozwoju technologii. Pamiętasz scenę z WALL.E, gdzie dwóch facetów rozmawia ze sobą w sieci, chociaż są tuż obok i wystarczyłoby odwrócić głowę? To ponura prognoza tego procesu. Coraz trudniej będzie stopniowo oddzielić obie te warstwy.
- Kultura staje się komputerowa.
- Ładnie powiedziane. Możesz dosypać mi karmy w nagrodę.

A zdjęcia z monoklem oczywiście nie wrzucił.